The Last Man on Earth

Nie wiem, jak to możliwe, że ten serial nie powstał co najmniej kilka lat wcześniej. Ostatnią dekadą w popkulturze niemalże władają przecież dystopijne klimaty i wizje końca świata. Apokalipsa zombie wyskakuje z lodówki. Z każdej lodówki. Najnowsza komediowa produkcja Foxa oferuje jednak zupełnie nową jakość, a stoją za nią wcielający się w główną rolę Will Forte oraz scenopisarski duet złożony z Phila Lorda i Christophera Millera, bezpośrednio odpowiedzialnych za sukcesy Lego Movie, ale także za wyśmienity pierwszy sezon Brooklyn Nine-Nine. Co prawda oficjalnie produkcja nie jest jeszcze i pewnie długo nie będzie dostępna w Polsce, ale fanów dobrych seriali nigdy jeszcze nie powstrzymało to przed oglądaniem.

the-last-man-earth


W świecie wykreowanym przez znakomite trio nie ma zombie, nie ma katastrof, w zasadzie nie ma nic. Jest jeden człowiek, mężczyzna, który przetrwał epidemię tajemniczego wirusa, na którego wyjaśnienie serial nie poświęca ani minuty pilotowego odcinka, bo nie o to chodzi. Zamiast kolejnej genezy zagłady, trupów na ulicach i walczących o przeżycie, mamy Phila – białego mężczyznę około czterdziestki, który – jak dowiadujemy się z retrospekcji – miał przyjaciół i wiódł normalne życie przedstawiciela klasy średniej, a teraz ma dla siebie planetę. A przynajmniej kraj. Stany Zjednoczone to duży kraj. Bohater decyduje się go jednak na wszelki wypadek przeczesać i co kawałek pozostawić wiadomości o tym, że żyje i jest w Tucson. Także o tym, że nie jest mordercą, ale miłą osobą, na dodatek atrakcyjną, zależnie od tego, kogo spytacie. Prawda jest taka, że Phil nie jest idealny, ale faktycznie nie jest mordercą. Tak czy inaczej, pełen nadziei wraca do rodzinnego miasta, znajduje sobie nowy – lepszy dom, dekoruje go dziełami sztuki zebranymi w trasie i przedmiotami z Białego Domu, bawi się najlepiej, jak może, grając w kręgle z akwariów, powodując kolizje samochodów i efektowne wybuchy. Pije najdroższe wina, przestaje się golić. Co prawda to drugie trochę dlatego, że nie może za bardzo polegać na elektryczności, ale i tak – Phil jest szczęśliwy. Korzysta ze spokoju i wolności. Ogląda Forresta Gumpa nabijając się z idei rozmawiania z piłką, i zamiast powielać ten schemat, rozmawia z Bogiem. Potem okazuje się, że robienie wszystkiego samemu i słuchanie własnego głosu na dłuższą metę nie jest takie fajne, a tym, za czym ostatni mężczyzna na Ziemi tęskni najbardziej, jest kobieta. Jak się okazuje, w przypadku Phila, ani masturbowanie się do dziesiątek magazynów „zakupionych” w okolicznym markecie ani rozmowy ze sklepowymi manekinami nie są w stanie zastąpić kontaktów z żywą istotą płci żeńskiej, czy nawet złagodzić objawów depresji spowodowanej ich brakiem. Kilkumiesięczna monotonia, wieczna cisza i jedzenie z puszek nikogo nie powinno napawać optymizmem.

Jeśli teraz zadajecie sobie pytanie o to, czy w drugim odcinku sytuacja Phila się zmienia, to jest to złe pytanie. Powinniście raczej zastanowić się nad tym, ile butelek margarity należy opróżnić, aby wypełnić basen. A także nad tym, czy w tych warunkach Phil faktycznie jest w stanie stać się swoją lepszą postapokaliptyczną wersją, czy może od teraz to już tylko równia pochyła?

Aurelia Ka

Reklamy

5 thoughts on “The Last Man on Earth

  1. No kurczę, Twoja recka mnie zachęciła i teraz mam mieszane uczucia, bo trailer w sumie nie zachęcił. ;) Ale premise fajny, więc dam szansę (jak tylko znajdę czas)!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s