Paskudna Czarna Orchidea

Poniższy tekst nie jest recenzją, nie opisuje fabuły książki ani filmu. Jest esejem poświęconym postaci Amy Elliot Dunne i jako taki zawiera spoilery Zaginionej Dziewczyny. Polecam zaznajomienie się z tekstem źródłowym przed lekturą eseju.

Gone.Girl.2014.HDRip.XviD-EVO[(207783)15-47-49] copyNa okładce polskiego wydania Zaginionej Dziewczyny (wyd. G+J Książki, 2013) znajduje się krótki opis „Małżeństwo może być zabójcze”, co w sposób jednoznaczny koreluje z popularną argumentacją, iż głównym czarnym charakterem Zaginionej Dziewczyny (książki, jak i filmu) jest związek małżeński.

Okładka amerykańska jest bardziej enigmatyczna: „There are two sides to every story” („Każda historia ma dwie strony”). Po powierzchownej lekturze książki czy obejrzeniu filmu Davida Finchera o tym samym tytule, oczywistym się staje, jakie dwie strony ma ta historia: pokrzywdzonego męża i karzącej żony. Po lekturze nieco dokładniejszej okazuje się jednak, że stron tej opowieści jest więcej, gdyż zarówno Nick, pokrzywdzony mąż, jak i Amy, karząca żona, nie są tak łatwi do zdefiniowania, każde z nich ma więcej niż jedną twarz, którą chcieliby pokazać bądź ukryć przed światem.

Zaginiona Dziewczyna

Kto jest więc bohaterem, a kto czarnym charakterem, czyja strona historii jest prawdziwa i słuszna? Czy opowieść nie powinna mieć oczywistych odpowiedzi na te pytania? Zaginiona Dziewczyna ich nam nie dostarcza i dlatego wzbudza wokół siebie tyle sporów, niezależnie od medium, które zostało wykorzystane do jej przedstawienia. Nie wiemy nawet, do jakiego gatunku przypisać tę opowieść. Czy jest to antyromans, a może neo-noir, bądź thriller psychologiczny?

Ale polemika rozgrywa się też na kolejnym poziomie, który wzbudza zapewne jeszcze więcej kontrowersji. Już nie tylko: czy antagonistą jest małżeństwo czy Amy, ale przede wszystkim: czy Zaginiona Dziewczyna to opowieść feministyczna czy mizoginistyczna? I nie ma w tej dyskusji miejsca na półśrodki. Książka i film podzieliły krytyków i widzów. Oto Amy Elliot Dunne, kobieta, która żeruje na największych męskich lękach i wykorzystuje do tego celu swoją seksualność i kobiecość, tym samym stając się manifestacją największych współczesnych antyfeministycznych niepokojów: Amy fałszywie oskarża byłego chłopaka o gwałt, udaje, iż jest w ciąży, by wrobić swojego obecnego męża (w zbrodnię, nie małżeństwo, to już mają za sobą), uwodzi innego mężczyznę, żerując na jego obsesji jej osobą, tylko po to, by zabić go podczas seksu, a tym samym uwolnić się od niego i uciec ze złotej klatki, którą dla niej zbudował. To mizoginistyczna strona historii.

Ale również:

Oto Amy Elliot Dunne, kobieta, która wie, jakie są największe męskie lęki i pragnienia, która wie, jak je wykorzystać do osiągnięcia swoich celów, do ukarania tych, którzy wobec niej zawinili. Oto kobieta, która jest inteligentniejsza od wszystkich wokół niej, która zawsze jest kilka kroków przed resztą. Kobieta, która w żadnym przypadku nie może być określona jako dobra czy niewinna. Jest za to zdolna do wielkiej przemocy i okrutna. Kobieta, która dostrzega, ile kobiet udaje „fajne laski”, by wpasować się w męskie wyobrażenie o nich, i redukuje samą siebie do tego szablonu, by wpasować się w wyobrażenie Nicka o Amy. I to jest już wbrew pozorom feministyczna strona historii ─ subwersywna wobec tej mizoginistycznej części przedstawionej nieco wyżej ─ gdyż ciemna strona kobiet istnieje i zasługuje na prezentację w mediach. Jak napisała sama Gillian Flynn w swoim eseju „I Was Not a Nice Little Girl…”:

To nie jest szczególnie pochlebny portret kobiet, co – jak dla mnie – jest jak najbardziej w porządku. Czy to nie czas, aby dostrzec tę brzydką stronę? Męczą mnie już nieustraszone bohaterki, dzielne ofiary gwałtu, uduchowione fashionistki, które okupują tak wiele książek. W szczególności zaś opłakuję brak kobiet jako czarnych charakterów ─ mocnych, przekonywujących kobiet antagonistek. Nie mówię tu o rozdrażnionych, łatwo wpadających w gniew kobietach, które knują, jak zdobyć mężczyznę albo lepsze buty (jakbyśmy nie miały ciekawszych powodów do prowadzenia wojen), ani o chłodnych, protestanckich, amerykańskich matkach (emocjonalnie zdystansowana niekoniecznie jest równoznaczne ze zła), czy o wyzwolonych seksualnie sekutnicach (wyszczekane jędze również się nie liczą). Mówię o pełnych przemocy, niegodziwych kobietach. Przerażających kobietach. Nie mów mi, że takich nie znasz. Jako kobiety spędziłyśmy tyle lat udowadniając samym sobie naszą siłę, że nie zostawiłyśmy miejsca na naszą ciemną stronę. Ciemne strony są ważne. Należy je pielęgnować, jak paskudne czarne orchidee. [http://www.powells.com/essays/flynn.html, tłum. własne]

Dostrzeżenie tej subwersji jest łatwiejsze w książce niż w filmie, gdyż mamy bezpośredni wgląd w motywację stojącą za czynami Amy. Nie do końca dziwią zatem recenzje osób, które po obejrzeniu filmu (bez uprzedniego czytania książki), stwierdzają, iż Zaginiona Dziewczyna to film o zgorzkniałej, jędzowatej, socjopatycznej żonie, która ze złości po zdradzie męża, postanawia zniszczyć jego życie. (Już w większe zdumienie mogą wprowadzać głosy, iż jest to film będący doskonałą eksploracją współczesnego amerykańskiego małżeństwa ─ jeśli tak wygląda typowe amerykańskie małżeństwo, to wszyscy powinniśmy się bardzo zaniepokoić.) Niemniej jest to konstatacja błędna: Amy nie mści się jedynie za zdradę, to by było zbyt trywialne, nie jest zgorzkniała, jędzowata ani socjopatyczna. Jeśliby przypisać do niej jakieś zaburzenie osobowościowe, to zdecydowanie jest to psychopatia. Świadczą o tym chociażby jej ciągłe zmiany osobowości, to jak łatwo jest jej przybrać nową personę, a potem porzucić, jakby były to jedynie ubrania; świadczy o tym również jej brak poszanowania dla życia, nie tylko innych ludzi, ale również swojego – wszak jej pierwotnym planem we wrobienie Nicka w morderstwo było popełnienie samobójstwa, czego nie zrobiła tylko dlatego, iż jej prywatne poczucie sprawiedliwości nie zgadzało się na takie rozwiązanie; uznała, że nie zasługuje na tę karę. Amy Elliot Dunne jest psychopatką (co oczywistsze bywa w książce niż w filmie, choć i w filmie jest łatwo dostrzegalne). Dawno już na ekranach kin nie było postaci z tak niebezpieczną, przerażającą aurą. Niemal bezwiednie nasuwa się skojarzenie z Normanem Batesem z filmu Psychoza Hitchcocka (1960). I Fincher nagradza nas za tę spostrzegawczość „sceną pod prysznicem”, która jest niemal lustrzanym odbiciem ikonicznej sceny z Psychozy. Jest to jednak odbicie w krzywym zwierciadle, bo tym razem kobieta nie jest ofiarą, a krew, która miesza się z wodą i spływa do odpływu nie należy do niej. Kiedy ostatnio w kinie hollywoodzkim widzieliście scenę, gdzie kobieta zmywa z siebie nie swoją krew?

Psychoza, też. Alfred Hitchcock

Psychoza, reż. Alfred Hitchcock

Zaginiona dziewczyna, reż. David Fincher

Zaginiona Dziewczyna, reż. David Fincher

Kobieta w filmach hollywoodzkich rzadko ma okazję być antagonistką niebędącą karykaturą podstawowych stereotypowych wyobrażeń o kobietach i jeszcze rzadziej ma okazję być antagonistką, do której widz jest w stanie poczuć sympatię. Jest to rażąca dysproporcja, gdyż mężczyźni mają prawo do operowania w tak zwanej „szarej strefie”, mają prawo być antybohaterami, popełniać błędy, być niesympatyczni, bez jednoczesnego odbierania im prawa do przebaczenia czy człowieczeństwa. Kobiety postrzegane są jako immanentnie i inherentnie dobre, jeśli stracą tę dobroć ─ najczęściej w skutek wyrządzonej im niegdyś krzywdy ─ stają się monstrualne, odczłowieczone, szalone. Takimi antagonistkami lubi częstować nas kino. Na tym tle Amy Elliot Dunne jest powiewem świeżości i nowatorskości. Dlaczego tylko na tle kina?

W przemyśle rozrywkowym uwidocznił się ostatnio pewien paradoks: kino hollywoodzkie ─  które od lat ustalało mainstreamowe trendy ─ znalazło się w tyle za telewizją. Popularne seriale amerykańskie czy brytyjskie zdają się być bardziej progresywne niż filmy z tej samej kategorii. Nic więc dziwnego, że chociaż w serialach doświadczyliśmy interesujących kobiet w rolach pełnowymiarowych czarnych charakterów już dobrych kilka lat temu (Drusilla czy Darla w Buffy: Postrach wampirów, Cersei Lannister w Grze o Tron, Admirał Cain w Battlestar Galactica czy nawet Azula w animacji Awatar: Legenda Aanga), to taka sama postać wykreowana w kinie hollywoodzkim wzbudza wiele kontrowersji. Amy Elliot Dunne jest czymś świeżym na tle innych amerykańskich produkcji, bo nie jest ani szaloną singielką, która zagraża ognisku domowemu (Alex Forrest, Fatalne Zauroczenie, 1987), nie jest Złą Czarownicą z Zachodu czy inną Złą Królową, nie jest nawet sadystyczną pielęgniarką, czyli wypaczeniem i odwróceniem stereotypowo dobrej kobiecej roli (Mildred Ratched, Lot nad Kukułczym Gniazdem, 1962), nie jest emocjonalnie zdystansowaną despotyczną matką (Olivia Foxworth, Kwiaty na Poddaszu, 1987) czy matką obsesyjną i kontrolującą (Margaret White, Carrie, 1976), nie jest nawet zwyczajnie szalona (Bellatrix Lestrange w serii Harry Potter). Amy odmawia zaszufladkowania siebie w tych już ogranych, uproszczonych kategoriach, w których chcielibyśmy widzieć niegodziwe kobiety pozbawione swojego immanentnego dobra. Amy jest racjonalna, niesamowicie inteligentna, psychopatyczna. Nie posiada żadnej tragicznej historii, która usprawiedliwia jej czyny, nigdy nie była ofiarą przemocy na tle seksualnym czy przemocy domowej. Amy nie szuka przebaczenia, gdyż nie uważa, by zrobiła coś za co musi przepraszać i czego powinna żałować. I co więcej – i to chyba ta najbardziej rewolucyjna część ─ Amy nie zostaje ukarana. Amy wygrywa. Opowiada swoją historię i kończy swoją historię, ostatnie słowo należy do niej.

Dziś rano głaskał mnie po włosach i spytał, co jeszcze może dla mnie zrobić, a ja powiedziałam: „Jejku, Nick, dlaczego jesteś dla mnie taki dobry?”.
Powinien był odpowiedzieć: „Zasługujesz na to. Kocham cię”.
A on powiedział: „Bo mi cię żal”.
„Dlaczego?”.
„Bo codziennie rano musisz się budzić i być sobą”.
Naprawdę wolałabym, by tego nie powiedział. Wciąż o tym myślę. Nie mogę przestać.
Nie mam nic więcej do dodania. Chciałam się tylko upewnić, że ostatnie słowo należy do mnie. Sądzę, że na to zasłużyłam.

To ostatnie zdanie książki i trochę szkoda, że Fincher w adaptacji filmowej zmienił zakończenie, bo chociaż zastosowana przez niego klamra narracyjna jest dobra: Co czujesz? Co sobie wzajemnie zrobiliśmy? Co zrobimy?, to nie jest to zakończenie tak satysfakcjonujące jak mogłoby być.

Amy codziennie rano budzi się i jest sobą. Czyli kim? Tego sama Amy nie jest pewna, jak przyznaje: Udawałam, jak zwykle, że mam jakąś osobowość. Nie mogę się przed tym powstrzymać. Amy jest karzącą żoną, jest ofiarą, jest fajną laską, wyrachowaną damą. Jest czarnym charakterem i bohaterem, antagonistką i protagonistką. Nie da się jej jednoznacznie skategoryzować i stąd też, jak mi się zdaje, tyle różnic w odbiorze Zaginionej Dziewczyny. Dla każdego Amy jest kimś innym. Dla Nicka jest kimś, bez kogo on sam by nie istniał – pod koniec tej historii o kilku stronach, Nick widzi siebie już tylko w relacji do swojej żony:

[…] czuję, że znów mnie odmienia: byłem nieopierzonym chłopakiem, a potem mężczyzną, dobrym i złym. Teraz wreszcie jestem bohaterem. Warto mnie dopingować w niekończącej się opowieści wojennej naszego małżeństwa. To opowieść, z którą mogę żyć. Cholera, obecnie nie wyobrażam sobie swojej opowieści bez Amy. Jest moją odwieczną antagonistką.

Amy nie tworzy jedynie Nicka. Tworzy również tę książkę oraz film, jest osią wokół której cała reszta jedynie się obraca. Dlatego uważam, że podtytuł książki czy plakatu filmowego Zaginionej Dziewczyny nie powinien sugerować, że głównym antagonistą jest małżeństwo, nie powinien nawet sugerować, że prawda jest względna. Podtytuł powinien brzmieć, mniej więcej, „Możecie nie polubić Amy, ale nie zaprzeczycie, że jest jedną z najlepszych postaci literackich i filmowych ostatnich lat”. Dajcie mi więcej takich Paskudnych Czarnych Orchidei, będę je pielęgnować.

Alicja G.

Advertisements

4 thoughts on “Paskudna Czarna Orchidea

  1. Pod esejem podpisuje sie rekami i nogami (i jednoczesnie prosze o wybaczenie za brak polskich liter).

    Niestety ksiazki nie czytalam, ale film zrobil na mnie dosc mocne wrazenie – wlasnie ze wzgledu na postac Amy i niesamowity performance Rosamund Pike. Trzeba przyznac, ze inne postacie (jak i aktorzy) stanowili dla niej jedynie tlo, zeby mogla jeszcze bardziej blyszczec. O fabule nie wiedzialam nic, slyszalam tylko, iz zarowno krytycy jak i czytelnicy/widzowie nie moga siw zgodzic i w takiej to otoczce ‚kontrowwrsyjnosci’ udalam sie na spotkanie z ekranizacja Gone Girl.

    Nie ukrywam, ze po obejrzeniu filmu nie bardzo mam ochote na lekture ksiazki – za ciezki hak dla mnie kaliber, choc wierze ze film zostal nieco odchudzony ze wszystkich niuansow, jakie oferowala ksiazka. ;)

    Dzieki za ten swietny esej!

    Lubię to

    • zgadzam się z tym, że rosamund przebiła wszystkich, ale moja generalna refleksja w związku z obsadą brzmi: wow. ktokolwiek był odpowiedzialny za casting, odwalił kawał dobrej roboty – szczególnie przy nicku, który był w książce wielokrotnie opisywany jako ktoś, kto „ma mordę, w ktorą chciałoby się przywalić”. no i ja chciałam, przez cały film prawie!

      Lubię to

  2. Szalenie mi się ten esej podobał. Nie potrafiłam pierwotnie odczytać ani filmu, ani książki według tej interpretacji – nie zrozumiałam po prostu, że Amy jest psychopatką, myślałam, że mści się za zniewagi. A w ten sposób to ma sens i rzeczywiście przestaje być mizogińskie. I chyba masz rację – te lęki może nie do końca są męskie, tylko są antyfeministyczne!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s