Czy Ultron jest godny? – recenzja Avengers: Czas Ultrona

Uwaga – tekst zawiera spoilery

Ten film… nie był dobry. Było w nim też za dużo rzeczy dobrych, by zakwalifikować go jako film całkowicie zły. Jednak trochę zgodnej pracy zespołowej, błyskotliwe dialogi, cięte riposty, i (tu będę całkowicie nieprofesjonalna) Steve Rogers rozrywający kłody w koszulce tak obcisłej, że jego absy widać z drugiego piętra, to za mało, by ocalić film. Im dłużej myślę o Czasie Ultrona jako całokształcie, tym bardziej niespójny staje się scenariusz − niektóre sceny wyglądają, jakby zostały dopisane później, inne sprawiają wrażenie bezcelowych, wszystko zaś okraszone jest dosłownością, nieco patetycznymi scenami w zwolnionym tempie i efektownymi walkami, które ciągną się przez cały film.

źródło: tumblr.com

Co mi się podobało? Steve Rogers, którego trauma wybijała się na tle pozostałych, człowiek w gruncie rzeczy pogodzony ze swoją stratą. Tony Stark, który wciąż pragnie udowodnić zbyt wiele. Wróg z własnego podwórka, który miał być kreacją powstającą z połączenia zbyt dużych ambicji i dobrych pobudek. I początek filmu. Pierwsze sceny obejmują przyjemne dla oka walki i całkiem sprawną pracę zespołową w wykonaniu ludzi, którzy wreszcie czują się swobodnie w swoim gronie. Zgrabne, dowcipne dialogi, przekomarzanie się przez radio i współpraca w najlepszym Jossowym wydaniu. Interakcje grupy − to, czego ku mojemu rozczarowaniu, zabrakło w pierwszych Avengersach −  zawsze przyciągały mnie do tytułów sygnowanych nazwiskiem Jossa Whedona, pierwsze sceny przypominały mi trochę Serenity czy Firefly, trochę sceny początkowe z szóstego sezonu Buffy. Tym samym podobała mi się impreza u Tony’ego Starka, pełna smaczków w postaci kolegów Steve’a z klubu weteranów raczących się asgardzkim trunkiem (cameo Stana Lee), zbiorowe próby uniesienia młota (wyraz twarzy Thora, gdy młot drgnął w rękach Kapitana Ameryki − bezcenny) i nawet rozmowa Natashy i Bruce’a przy barze mogła by ujść za niewinny flirt, gdyby nie dwa fakty: to, że Bruce czuł się wyraźnie niekomfortowo, a Natasha, wbrew swoim zdolnościom obserwatorskim, nie przestawała naciskać, i to, że wątek ten ciągnie się przez cały film.

Czasami trudno mi uwierzyć, że w filmach o superbohaterach narracja kobiet wciąż jest sprowadzana do ich seksualności i płodności, przede wszystkim zaś do ich relacji z mężczyznami. Po pierwszych Avengersach czy Zimowym Żołnierzu (którego obejrzałam trzeci raz w kinie kilka godzin po premierze Ultrona i dalej uważam, że jedyną wadą tego filmu są włosy Scarlett Johansson) miałam nadzieję, że oto dotarliśmy do punktu, w którym posiadanie jednej kobiety w grupie mężczyzn nie sprawia, że musi stać się ona obiektem pożądania, że jej wątek nie musi być romansowym. A tym właśnie staje się w Ultronie wątek Czarnej Wdowy. Owszem, Natasha kilkukrotnie ratuje zarówno sytuację, jak i skórę swoich współtowarzyszy, jednak te sceny stanowią jedynie tło do wątku głównego, jakim staje się jej nagle zainicjowany romans z Bruce’em Bannerem. Romans, do którego nie ma żadnych podstaw, ponieważ ich relacja w poprzednim filmie skończyła się na zwalczaniu strachu i który stanowi superbohaterską wariację Pięknej i Bestii. Dyskusja o sterylizacji Natashy (w komiksach bezpłodność nigdy nie miała ogromnego wpływu na jej osobowość, na pewno nie stanowiła jej największej traumy) nie służy w żadnym stopniu rozwojowi jej postaci. Nie trening, nie poświęcenie, a symboliczna, powiązana z płcią sterylizacja-inicjacja jest tym, co ostatecznie przemienia ją w superszpiega. Niemożliwość posiadania dzieci sprawia, że Natasha określa samą siebie mianem potwora(!) takiego samego jak Hulk, co ma ją przybliżyć do Bruce’a. Pragnienie posiadania dzieci przejawia się zresztą w całym filmie, między innymi w scenach obrazujących uczucia Natashy w stosunku do nienarodzonego jeszcze dziecka Clinta.

Niewiele do filmu wnosi wątek porwania Natashy przez Ultrona, jest tam chyba jedynie po to, by Wdowa mogła zostać uratowana przez Bruce’a, który, pomimo niepewności targających nim przez cały film, nagle proponuje jej wspólną ucieczkę i radosne życie, zapewne gdzieś na pozbawionej cywilizacji wyspie. I nawet moment, w którym Natasha deklaruje uczucia, by oszukać Bruce’a i zmusić go do przemiany w Hulka i walki, wydaje się wymuszony. Ta sama zagrywka zastosowana w pierwszych Avengersach, gdy Natasha udaje przerażenie, by wyciągnąć informacje z Lokiego, wyglądała przynajmniej naturalnie. Cały wątek zamyka zresztą zniknięcie Bannera. Miejmy tylko nadzieję, że następni scenarzyści zapomną o tym niedoszłym romansie i nie będą próbowali oprzeć rozwoju postaci na złamanym sercu, a zamiast tego wzorem Zimowego Żołnierza skupią się na przyjaźni Steve’a i Natashy, trenerów nowej, raczkującej grupy Avengersów.

Chciałabym wierzyć, że osadzenie białych aktorów w rolach Wandy i Pietro wynika jedynie z kwestii praw autorskich − o ile fakt, że ojcostwo Magneto musiało zostać wycięte z filmu jest dla mnie zrozumiały, nie stanowi to dla mnie wystarczającej podstawy do wycięcia całej reszty. Wanda i Pietro wciąż mogli być dziećmi ofiary Holokaustu, ich matka wciąż mogła być pochodzenia romskiego. Jednak w tej sytuacji bliźnięta nigdy dobrowolnie nie zgłosiłyby się do eksperymentalnego projektu prowadzonego przez nazistowskich naukowców − na rzecz „fabuły” wątek ich pochodzenia musiał zostać wycięty. Zamiast tego kieruje nimi chęć zemsty na Tonym Starku. Nie będę jednak ukrywać, że kreacja Wandy całkiem mi się podobała, pomijając może do bólu dosłowną scenę, w której Wanda przełamuje swój strach i w zwolnionym tempie wypada przez drzwi prosto w wir walki.

O ile cudowne uwagi Clinta z serii „co ja tu robię, mam tylko łuk i strzały” były jednymi z zabawniejszych momentów filmu, o tyle jego wątek fabularny stanowił fantazję prawdziwego mężczyzny o domu, synach i sadzeniu drzewa. Clint, komiksowy, nieprzystosowany społecznie singiel z depresją i psem staje się Clintem z wiernie oczekującą na jego powrót ciężarną żoną, dwójką dzieci i domem wiecznie wymagającym jego męskiej ręki. Domem, w którym po przekroczeniu progu, Clint zamienia kostium superszpiega na flanelową koszulę w kratę, a żona żegna go ze łzami w oczach, gdy Hawkeye rusza ratować świat; domem, do którego symbolicznie wraca pod koniec filmu, by na zawsze odwiesić łuk na ścianę. Wszystko zbyt dosłowne, zbyt sielskie i zbyt wzięte znikąd. Cały wątek ratuje jedynie Natasha jako część rodziny Clinta, osoba, której zaufał na tyle mocno, by dopuścić w pełni do swojego najlepiej strzeżonego sekretu.

A co z tytułowym Ultronem? Jego armia jest dla mnie powtórzeniem tego, co już dostaliśmy w pierwszych Avengersach − wiele robotów do bicia przez wiele minut. Choć jego powstanie jest ciekawe − jest dowodem na to, że Tony Stark zatacza koło do czasów, w których był twórcą broni, a piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami z logo Stark Industries. Ultron został wykreowany jako ostateczny system bezpieczeństwa, by stać się wrogiem, ale i ten potencjał został zmarnowany; społeczeństwo jest przerażone Hulkiem, nie tym, że ich właśni obrońcy stworzyli kolejne zagrożenie dla planety. Pobudki Ultrona nie są interesujące, daleko mu do innych, skomplikowanych maszyn, które chciały zniszczyć swoich twórców, do Cylonów z Battlestar Galactica czy Terminatorów. W gruncie rzeczy mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją, która podłączyła się do Internetu i stwierdziła, że chce zniszczyć świat.

Pisanie Jossa zawsze miało dla mnie mimo wszystko więcej zalet niż wad, być może dlatego, że wiele błędów wybaczało się za jego ówczesną nowatorskość. Jednak ogromny spadek formy zauważyłam już na etapie Dollhouse, a nowi Avengersi wydają się tego spadku formy kwintesencją. Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że wraz z Czasem Ultrona dobiegł końca i czas Whedona.

Żegnaj, Joss.

Żegnaj, Joss.

Advertisements

One thought on “Czy Ultron jest godny? – recenzja Avengers: Czas Ultrona

  1. Muszę się zgodzić ze wszystkim i jeszcze dorzucę eastern European Dracula akcent.
    Czy to znaczy, że Whedon juz nie będzie robił Avengers? Dobrze
    W ogóle widziałam mega pozytywne opinie o wątku Hawkeye i juz się bałam, że tylko ja jestem jakaś inna i wydaje mi się to mega naciągane.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s