Od spraw beznadziejnych – How Big, How Blue, How Beautiful

Trzecia do tej pory płyta Florence Welch z zespołem nosi tytuł How Big, How Blue, How Beautiful i dotarła do mnie z pewnym opóźnieniem, za to w wersji deluxe – z czterema dodatkowymi utworami i piękną książeczką z fotografiami, które bardzo pasują do nastroju albumu.

Muzyczny kształt tej płyty nie jest niespodzianką, bo single dały nam już przedsmak stylistyki, w jakiej jest utrzymana. Należy się spodziewać trochę ostrzejszych, bardziej rockowych brzmień niż w Lungs, natomiast aranżacje bywają łagodniejsze niż w barokowym Ceremonials. Pod względem tekstów również jest to odejście od wcześniejszej tematyki.

Ceremonials w dużej mierze koncentrowało się na tematach związanych ze śmiercią i wodą, natomiast ten album opowiada raczej o uczeniu się, jak żyć i jak kochać w realnym świecie, niż o uciekaniu od niego. To dosyć przerażające, bo w ten sposób za niczym się nie chowam, ale czułam, że tak ma być — mówi o How Big, How Blue, How Beautiful Florence. Czuć, że to osobisty album, szczególnie w przejmującym “St. Jude”, które odwołuje się do tytułowego Świętego Judy, patrona spraw beznadziejnych. Smaku wszystkiemu dodają teledyski kręcone w Meksyku, utrzymane w niebieskawej tonacji.

Album jest energiczny, odświeżony, ale aż się prosi, żeby te aranżacje były odważniejsze i bardziej wchodziły w muzykę rockową niż popularną, jak np. w “Ship to Wreck”. Przedsmak takiego eksplorowania nowych tropów muzycznych mamy w bluesowym zakończeniu albumu, czyli “Mother”, zwieńczonym monumentalną codą. Niezwykły głos Florence wypada zaskakująco dobrze na takim tle, ale chociaż osobiście lubię harmonie wokaliczne, chóry i wszystkie te ozdobniki przy wokalu, to za najlepsze uważam te utwory, w których Florence stawia na mniej środków, jak wspomniane wyżej “St. Jude”. Znane z singla “What Kind of Man” to nadal rakieta o takiej straceńczej intensywności, jak “What the Water Gave Me” z poprzedniego albumu, ale jest tu więcej silnych utworów, nie ma się wrażenia, że single to wyłuskane perełki z przeciętnej płyty. Z utworu tytułowego początkowo zaprezentowano nam zresztą ledwo połowę, co skutkuje pewnym zaskoczeniem przy przesłuchaniu całości – nie jest to uwertura na orkiestrę, jak można by się spodziewać, ale rockowy kawałek z zapleczem smyczków i instrumentów dętych.

Chociaż How Big, How Blue, How Beautiful rządzi raczej eros (co widać szczególnie po zmysłowych teledyskach) niż tanatos poprzedniego albumu, to nie udało się zupełnie uciec od tematyki wody. “Ship to Wreck” wspomina o wielkiej burzy, nadchodzącej fali, “St. Jude” o wyspie, a w teledyskach Florence występuje przemoczona, z włosami zlepionymi deszczem, w moim ulubionym jej wcieleniu szalejącej bachantki. Skojarzenie jest zresztą dość właściwe, bo nad produkcją czuwał Markus Dravs, znany też ze współpracy z inną wyjątkową wokalistką, a mianowicie Björk. Welch występuje w nowych teledyskach w dżinsach i t-shirtach, prawie bez makijażu, ale jej muzyka wciąż odwołuje się do gwałtownych emocji, niszczycielskiej namiętności, ponoszącego gniewu.

How Big, How Blue, How Beautiful przynajmniej do pewnego stopnia spełnia oczekiwania, jakie narosły po dwóch poprzednich płytach, jednak przede wszystkim pokazuje, że Florence nie boi się swojej muzyki zmieniać. To może oznaczać, że jej najlepsze albumy są jeszcze przed nami.

HBHBHB_zpszg3vkzdq

Florence + The Machine, How Big, How Blue, How Beautiful. 2015 Island Records.

Reklamy

One thought on “Od spraw beznadziejnych – How Big, How Blue, How Beautiful

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s