„I’ll be back” i jak powiedział, tak zrobił

terminatorheader

Kinowy rok 2015 to rok sequeli i rebootów. Po fantastycznym Mad Maxie: Fury Road i raczej kiepskim Jurrasic World przyszła kolej na kolejny atak sztucznej inteligencji.

Różne rzeczy mówi się o nowej, filmowej odsłonie Terminatora, która chyba nie wzbudziła w Polsce zbyt wielkiej sensacji (sala zapełniona zaledwie w 1/5 w dniu premiery o czymś jednak świadczy). Że to odgrzewane kotlety. Że jest dobry, odświeżający. Że to próba przedłużenia agonii serii, która powinna była zakończyć się na Terminatorze 2. Wreszcie, że wręcz godzi w kultowość pierwowzoru. Osobiście poszłam do kina ucieszona powrotem Arnolda Schwarzennegera, zakładając, że dostanę coś odrobinę lepszego niż Terminator 4. Nie jest to zresztą miarodajne, gdyż nietrudno przebić znaną z tamtego filmu finałową transplantację serca dokonaną w namiocie przez byłą lekarkę weterynarii.

Zupełnym przypadkiem udało mi się uniknąć wszelkich spojlerów. Nie obejrzałam zwiastunu, nie poświęciłam większej uwagi plakatom. I w ten oto sposób, nie mając najmniejszych podejrzeń co do fabuły, usiadłam w kinowym fotelu i dałam się bardzo pozytywnie zaskoczyć. Owszem, niemal wszystkie wątki przewidywałam z wyprzedzeniem, ale tym bardziej cieszyłam się, gdy rzeczywiście pojawiały się na ekranie.

Terminator: Genisys ma w sobie niemal wszystko to, co w kinie science fiction lubię najbardziej. Sztuczną inteligencję zdolną do ludzkich emocji. Podróże w czasie. Wszechświaty alternatywne. Mordercze maszyny. Nielinearność czasu. Drobne kobiety z wielkimi spluwami. Bohaterkę, która nie potrzebuje ocalenia. Nic więc dziwnego, że ta mieszkanka, pomimo pewnej schematyczności, niezwykle przypadła mi do gustu.

Dalsza część recenzji zawiera spojlery do fabuły.

Czytaj dalej

Czy Ultron jest godny? – recenzja Avengers: Czas Ultrona

Uwaga – tekst zawiera spoilery

Ten film… nie był dobry. Było w nim też za dużo rzeczy dobrych, by zakwalifikować go jako film całkowicie zły. Jednak trochę zgodnej pracy zespołowej, błyskotliwe dialogi, cięte riposty, i (tu będę całkowicie nieprofesjonalna) Steve Rogers rozrywający kłody w koszulce tak obcisłej, że jego absy widać z drugiego piętra, to za mało, by ocalić film. Im dłużej myślę o Czasie Ultrona jako całokształcie, tym bardziej niespójny staje się scenariusz − niektóre sceny wyglądają, jakby zostały dopisane później, inne sprawiają wrażenie bezcelowych, wszystko zaś okraszone jest dosłownością, nieco patetycznymi scenami w zwolnionym tempie i efektownymi walkami, które ciągną się przez cały film. Czytaj dalej

Witajcie w latach 50-tych

Poniższy tekst jest tłumaczeniem artykułu, który pierwotnie ukazał się na szwedzkim blogu Politism. Możemy go tu opublikować dzięki zgodzie jego autorki Hanny Gustafsson. Tack, Hanna!

jennifer-lawrence-mockingjay-part-1

Dorocznie Centrum Studiów nad Udziałem Kobiet w Produkcjach Filmowych i Telewizyjnych (Uniwersytet w San Diego) tworzy statystykę udziału kobiet w 100 nabardziej kasowych filmach wyprodukowanych w Stanach Zjednoczonych. Na Genusfolket pisaliśmy już o danych za rok 2012 i 2013. Można było między innymi odkryć, że w roku 2012 28% postaci było kobietami. I że kobiety stanowiły całe 15% wszystkich identyfikowalnych protagonistów w roku 2013.

Teraz pojawiły się statystyki na rok 2014. Czytaj dalej

Selma. Gra imitacji

Wyświetlany w Polsce od kwietnia tego roku film Selma nie wzbudzi zapewne u nas wielkiego zainteresowania. Metody perswazji stosowane na widzu są dość czytelne, by irytował, kontekst historyczny zaś niewystarczająco znany. Co jednak w tym dziele może odrzucać jako zbyt mechaniczne, być może zainteresuje jako świadomie sztuczny spektakl rocznicowy. Czytaj dalej

Coś za mną chodzi

Coś za mną chodzi (oryg. It follows – trochę bardziej klimatycznie) to horror produkcji amerykańskiej w reżyserii Davida Mitchella. W zapowiedziach porównywany bywa do Krzyku Wesa Cravena, ale to błędne porównanie: jest to wprawdzie film  grozy, i o nastolatkach, ale z ambicjami. Jestem koneserką horrorów, a muszę powiedzieć, że od dawna nie widziałam czegoś tak dobrego – może od czasu Ringu i Klątwy.

Nie będę zdradzać fabuły, bo warto zacząć w niewiedzy i odkryć wszystko podczas seansu. Opiszmy może tylko pierwszą scenę: ciche amerykańskie przedmieścia, ciepły zmierzch, nagle z domu wyskakuje dziewczyna w butach na obcasie i srebrnych szortach. Wybiega na środek ulicy i śledzi coś wzrokiem. Nie widzimy co. Przygląda jej się sąsiadka wypakowująca zakupy z bagażnika. Nagle dziewczyna zrywa się do biegu i wraca do domu, nie reagując na dopytywania ojca. Po chwili wybiega na zewnątrz, wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Ojciec nie wie, co się dzieje. My też dowiadujemy się z czasem.

Akcja filmu dzieje się w Detroit: odwiedzamy ponure, zrujnowane dzielnice, a scena kulminacyjna filmu ma miejsce w monumentalnej opuszczonej pływalni. Większość filmu  rozgrywa się jednak na peryferiach miasta – rozlanych przedmieściach, gdzie wszystkie domy są do siebie podobne, a na każdym podjeździe stoi samochód. Nie da się jednak jednoznacznie określić, z jaką dekadą mamy do czynienia – ubrania są w stylu vintage, telewizory czarno-białe, samochody z lat 70-tych, a dekoracje z 80-tych. Jest to celowy zabieg reżysera, który chciał umiejscowić akcję “poza czasem, żeby zbijało to widza trochę z tropu” (za tym wywiadem). Ta magiczna rzeczywistość wstawiona jest jednak w jak najbardziej współczesne, podupadające Detroit.

It_Follows_(poster)

Zdjęcia są ziarniste, przez co przypominają stare kino, i przyciemnione, co sprawia ponure wrażenie nawet wtedy, kiedy kręci się sceny w słońcu. Ujęcia są długie i kręcone obiektywem szerokokątnym, właściwie nie ma tzw. jump scares, które dominują w tym gatunku. Muzyka kojarzy się z latami osiemdziesiątymi i również jest niepokojąca. To wszystko tworzy bardzo przerażający film! Mitchell nie szafuje przy tym makabrycznymi ujęciami i nawet kiedy pokazuje to tytułowe “coś”, robi to w na tyle umiejętny sposób, że strach bierze się raczej z wrażenia, że coś strasznego jest nieuniknione i nieodwracalne. Dekoracje, zdjęcia, światło, muzyka i wreszcie charakteryzacja “czegoś” (żeby nie wdawać się w zbytnie szczegóły) daje wrażenie unheimlich, niesamowitości w rzeczach znajomych i, wydawałoby się, zwyczajnych. Efekt jest piorunujący, szczególne w pustym kinie, w jakim przydarzyło nam się film oglądać.

Reasumując, zalecałabym nie sprawdzać fabuły w internecie, nie czytać zbyt wnikliwych recenzji, tylko któregoś wieczora wybrać się do kina, żeby porządnie się przestraszyć. Polecam nawet osobom, które nie gustują w horrorach – tak sprawnie i wyrafinowanie zrobiony film po prostu warto zobaczyć.

Nadzieja D.