Coś za mną chodzi

Coś za mną chodzi (oryg. It follows – trochę bardziej klimatycznie) to horror produkcji amerykańskiej w reżyserii Davida Mitchella. W zapowiedziach porównywany bywa do Krzyku Wesa Cravena, ale to błędne porównanie: jest to wprawdzie film  grozy, i o nastolatkach, ale z ambicjami. Jestem koneserką horrorów, a muszę powiedzieć, że od dawna nie widziałam czegoś tak dobrego – może od czasu Ringu i Klątwy.

Nie będę zdradzać fabuły, bo warto zacząć w niewiedzy i odkryć wszystko podczas seansu. Opiszmy może tylko pierwszą scenę: ciche amerykańskie przedmieścia, ciepły zmierzch, nagle z domu wyskakuje dziewczyna w butach na obcasie i srebrnych szortach. Wybiega na środek ulicy i śledzi coś wzrokiem. Nie widzimy co. Przygląda jej się sąsiadka wypakowująca zakupy z bagażnika. Nagle dziewczyna zrywa się do biegu i wraca do domu, nie reagując na dopytywania ojca. Po chwili wybiega na zewnątrz, wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Ojciec nie wie, co się dzieje. My też dowiadujemy się z czasem.

Akcja filmu dzieje się w Detroit: odwiedzamy ponure, zrujnowane dzielnice, a scena kulminacyjna filmu ma miejsce w monumentalnej opuszczonej pływalni. Większość filmu  rozgrywa się jednak na peryferiach miasta – rozlanych przedmieściach, gdzie wszystkie domy są do siebie podobne, a na każdym podjeździe stoi samochód. Nie da się jednak jednoznacznie określić, z jaką dekadą mamy do czynienia – ubrania są w stylu vintage, telewizory czarno-białe, samochody z lat 70-tych, a dekoracje z 80-tych. Jest to celowy zabieg reżysera, który chciał umiejscowić akcję “poza czasem, żeby zbijało to widza trochę z tropu” (za tym wywiadem). Ta magiczna rzeczywistość wstawiona jest jednak w jak najbardziej współczesne, podupadające Detroit.

It_Follows_(poster)

Zdjęcia są ziarniste, przez co przypominają stare kino, i przyciemnione, co sprawia ponure wrażenie nawet wtedy, kiedy kręci się sceny w słońcu. Ujęcia są długie i kręcone obiektywem szerokokątnym, właściwie nie ma tzw. jump scares, które dominują w tym gatunku. Muzyka kojarzy się z latami osiemdziesiątymi i również jest niepokojąca. To wszystko tworzy bardzo przerażający film! Mitchell nie szafuje przy tym makabrycznymi ujęciami i nawet kiedy pokazuje to tytułowe “coś”, robi to w na tyle umiejętny sposób, że strach bierze się raczej z wrażenia, że coś strasznego jest nieuniknione i nieodwracalne. Dekoracje, zdjęcia, światło, muzyka i wreszcie charakteryzacja “czegoś” (żeby nie wdawać się w zbytnie szczegóły) daje wrażenie unheimlich, niesamowitości w rzeczach znajomych i, wydawałoby się, zwyczajnych. Efekt jest piorunujący, szczególne w pustym kinie, w jakim przydarzyło nam się film oglądać.

Reasumując, zalecałabym nie sprawdzać fabuły w internecie, nie czytać zbyt wnikliwych recenzji, tylko któregoś wieczora wybrać się do kina, żeby porządnie się przestraszyć. Polecam nawet osobom, które nie gustują w horrorach – tak sprawnie i wyrafinowanie zrobiony film po prostu warto zobaczyć.

Nadzieja D.

Reklamy